piątek, 14 grudnia 2007

Oko w oko z VIPem

Podekscytowałam się nieco, że rankiem na Okęciu można spotkać zaspaną Natalię Kukulską i rześkiego Przemysława Babiarza. Po południu dostałam smsa: "Kukulska to pikuś. Na lotnisku w Wiedniu stał gość z tabliczką Ennio Morricone:)"

Najpierw sobie pomyślałam, że to beznadziejne, że facet nie wiedział, jak wygląda jego VIP, ale tak z ręką na sercu - czy ktokolwiek wie, jak Ennio wygląda???? (Może w kwestiach promocji powinien skonsultować się z Piotrem Rubikiem:)

Na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał kiedyś ten problem - wrzucam zdjęcie:

środa, 12 grudnia 2007

Adwent




No i stało się. Kuba poleciał do Gruzji a ja zostałam z kalendarzem adwentowym w postaci sterty drewna. Drewno tak jest wymierzone, że powinno starczyć na styk do jego powrotu a więc do samych świąt. Miłym prezentem było to, że Kuba zamiast wylecieć wczoraj wieczorem, poleciał dziś o świcie (opóźnienia samolotów). Dzięki temu mieliśmy zupełnie gratisowy wieczór - bez załatwiania, ganiania itp.

Dzisiaj miałam taką myśl, że to trochę jak bycie singlem - a ja przecież zawsze twierdzę, że ten stan ma swoje zalety.

Np, będąc singlem, można:
- oglądać w łóżku telewizję
- jeść mrożoną pizzę na obiad
- grać w nocy w gry komputerowe
- zrobić bałagan w łazience
- pójść znienacka do kina
- oglądać głupie filmy na dvd

Mam dwa tygodnie na weryfikację, czy to rzeczywiście takie fajne... Bo coś mi mówi, że można, ale po co...

W związku z powyższym zapraszam do wpraszania się i do zapraszania. U nas w mieszkaniu duże zmiany, w przeddzień wyjazdu, w pośpiechu, nastąpiła inauguracja drugiego pokoju. Mamy więc i bawialnię i sypialnię... A ja w tych przestrzeniach jestem trochę kotem...

wtorek, 4 grudnia 2007

Rozmach życia z kartonika!

Tytuł stanowi hasło, które umieściła na kartonie mleka 3,2% Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska Garwolin. I można powiedzieć, że tym hasłem rozpoczynam dzień, wyciągając co rano w pół śnie karton z lodówki. Potem łykam kawę i lecę do pracy - na jedno, drugie, trzecie spotkanie. Myśli dzielę po równo między pracę, remonty, meble oraz wózki i oddech zziajany.

Czasem sobie myślę, że może fajnie byłoby gdzieś wyjechać, popatrzeć, posłuchać, powąchać, poczytać. Wtedy myślę - głupia - zobacz jak wiele różnorodności w twoim życiu. Prawdziwy rozmach życia... tyle że z kartonika...

czwartek, 29 listopada 2007

Co tam Panie w dzielnicy?

Czas na nieco promocji Grochowa:) W Wikipedii pod hasłem Grochów, dowiemy się m.in. że:

Zespół Wilki w utworze "Na zawsze i na wieczność" śpiewa, że w parku na Grochowie spotkał wymarzoną dziewczynę, która była bosa i tańczyła jak natchniona.
Zespół T.Love w swojej piosence o Warszawie śpiewa o Grochowie - 'Wyglądam przez okno, na oczach mam sen, a Grochów się budzi z przepicia'
Na Grochowie powstał polski nurt horrorcore-rap, reprezentowany głównie przez Formację Cmentarz a także przez zespoły jej pokrewne.

Szczególnie zwracam uwagę na informację dotyczącą "Wilków" - jako, że Kuba jest twórcą niektórych elementów scenografii do teledysku tej piosenki. (pudła, w którym gra zespół i pudełka, które bohater wiezie ze sobą do Londynu) W ogóle to ja jestem niepocieszona, że ten przebój nie zrobił chyba wielkiej kariery. Moim zdaniem, tkwi w nim potencjał:)

teledysk do obejrzenia -> tu

A już 6 grudnia - na placu Szembeka pojawi się Jerzy Sosnowski. To taki pisarz - co ja się w nim trochę kocham:) Informacja -> tu

poniedziałek, 26 listopada 2007

okolicznościowo

I znów pogoda nie ta
A w domu nie było tak źle
Wiosnę nam dano by włóczyć się
Zimę by kochać się

W swojej kieszeni znalazł nam Pan
Przytulny dość kąt
Mam nadzieję, że nigdy już
Nie wygoni nas stąd

Bo po to nam Bóg
Zamieć dał
By się teraz grzać mógł
Ciepłem naszych ciał (tekst: WW)






piątek, 23 listopada 2007

A na dokładkę parę zdjęć


To nie Marek Hłasko z petem tylko ja z coca-colowym chupa-chups (moją jedyną ciążową zachcianką - za to nie jednorazową:)



Popołudniowy spacer




To nie szuwary - to nasz papirus!




Za oknem kościół na Szembku - lokalne Sacre Coeur (Woody Allen we "Wszyscy mówią kocham Cię" na coś takiego wyrwał Julię Roberts!:)




W tym kątku póki co - moje ulubione legowisko




Pokój tzw. "dzienny" (choć wciąż jedyny:)




Kuchnia - a brzuch "dopiero co"

czwartek, 22 listopada 2007

Listopad w dolinie Muminków

Ten ogólny nieco tytuł odnosi się po części do atmosfery jaka zapanowała u nas w domu - mróz za oknem, ogień w piecu i zapach drewna - ale i do mnie samej. Z Mamą Muminka łączy mnie coraz bardziej wygląd i nie da się ukryć - charakter:) Zaglądam w kąty, poszukuję sprzętów a wszystko z coraz silniejszym poczuciem, że czasu nie zostało wcale tak dużo. Kiedyś ukułam metaforę, że zwykłe, codzienne życie to jakby tor dla samochodzików. I te samochodziki trzeba popychać do przodu, uważając, żeby żaden nie został w tyle - a więc w miarę równocześnie. Przez ostatnie miesiące samochodzik "dziecko" w ogóle był nie ruszany, co teraz skutkuje gwałtownym zwrotem moich zainteresowań. Najśmieszniejsze, że powoli dociera do mnie - że to jest jednak deadline bardziej "dead" niż wszelkie inne możliwe terminy zawodowe i niezawodowe.

Niewykluczone a nawet mocno prawdopodobne, że wiąże się to z pójściem do szkoły. Nastąpiły tutaj pewne perturbacje - pani właścicielka na tydzień przed rozpoczęciem zajęć poinformowała, że miasto wycofało refundację, wobec czego impreza będzie płatna. Tak więc, ponieważ koniowi, który przestał być darowany ogląda się zęby bardzo dokładnie, postanowiłam sprawdzić, czy warto płacić.

Byliśmy na jednych zajęciach:

- było miło
- przedstawialiśmy się
- pani pytała jak tatusiowie znoszą ciążę
- pani pytała, czego byśmy się chcieli dowiedzieć na szkole rodzenia
- pani powiedziała, że nie będziemy się uczyć oddychania, bo natura nam sama powie
- pani rozdawała kupony zniżkowe na b. drogie wózki
- pani mówiła że jak skończymy tę szkołę to nas przyjmą do św. Zofii
- pani uczyła nas wyczuwać dziecko w brzuchu
- malowaliśmy flamastrami po brzuchach i zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie

No efekt taki, że idziemy do innej szkoły, co mniej za nią zapłacimy i co ją polecają znajomi. Ale serio, nie było źle - tylko dosyć "płynnie", tak bym to ujęła:) I pokornie przyjmujemy, że ta płynność i miękkość jest czymś, czego się nie uniknie...(podobne wrażenia mieliśmy po kursie przedmałżeńskim)

A w pracy zawirowania, co nie widać ich końca. I zaczynam się trochę martwić - jak to całe lądowanie zaaranżować i jak dostatecznie mocno zaakcentować - że moja dyspozycyjność ulegnie zmianie. (rosnący brzuch do tego nie wystarcza - może za mały skurczybyk?:)

Co bym tu nie pisała - i tak Endo już to wymalowała (chałowy rym, ale nie wiem, jak go uniknąć:)




czwartek, 8 listopada 2007

Do szkoły

Za tydzień idziemy do szkoły rodzenia. Skłoniło mnie to do zastanowienia się, po co właściwie to robimy - no bo to jednak 6x po 3 godziny - kupa czasu i w dodatku w piątki wieczorem... Odpowiedź przyszła nadspodziewanie szybko. Po raz pierwszy od dawna zainteresowałam się tzw. artykułami niemowlęcymi i zgłupiałam kompletnie.

Otóż:

- nie mam pojęcia czym się różni kaftanik od body (to drugie podobno lepsze)
- nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego jeden wózek kosztuje 2000 zł a inny 300 zł i co to znaczy "dla wysportowanych rodziców"
- co to są "śpiochy"????
itd, itp...

Przypomina mi się dzieciństwo jak mama dawała mi listę zakupów a ja wpadałam w panikę, że nie wiem, jak wyglądają te produkty i wolałam oddać kartkę sprzedawczyni. Teraz też bym chętnie tak zrobiła, ale to już inne czasy i jak wiadomo, drapieżny rynek chce mnie naciągnąć na masę niepotrzebnych rzeczy...

A więc idę do szkoły. Po WIEDZĘ!!! (taką mam przynajmniej nadzieję:)

środa, 7 listopada 2007

Grochowskie komisy

Do szukania nowych mebli można się zabrać na różne sposoby. A czasem trzeba przerobić je wszystkie, (motyw z Boba Dylana:) aby dopracować się najlepszej strategii.

Krok pierwszy: Żona, co z każdym dniem staje się coraz bardziej mamą muminka wzdycha "ach, jak wspaniale by tutaj pasowały stare meble. Mam już dosyć Ikei - Ikea jest droga i badziewna. Poszukajmy czegoś na targach starych mebli..." W ten oto sposób żona i mąż lądują w takich miejscach jak Koło, gdzie jak już coś się trafi (obok radzieckich medali) to jest to lekko przeszlifowana szafa (to się nazywa "po renowacji")z dosztukowanymi rogami za 700 zeta.

Coż... hasło "stare meble" nadal kusi, więc może poszukamy miejsca, gdzie wybór jest większy. Tak oto lądujemy w Broniszach, gdzie przeżywamy wielką niepewność związaną z parkingiem - "czy zaliczamy się do kierowców kapustnych, czy zwykłych kupujących z ciągnikiem?" Wśród hal - "ziemniaki", "marchewki" odnajdujemy halę - "antyki" i dopiero teraz wiemy, że to nie jest słowo, wg. którego powinniśmy googlować. Wpadamy między Ludwiki, chipendaile o cenach wpadających w grube tysiące. Mąż jest przerażony, że ktoś nas tutaj zobaczy i zawalifikuje do nuworyszów skupujących majatek biedującej inteligencji.

A więc chyba dojrzeliśmy - i zabieramy się do tego inaczej

Krok drugi: allegro

Allegro to jakby się zdawało idealne miejsce, aby znaleźć coś taniego, ładnego i bezpretensjonalnego. I rzeczywiście są tutaj takie przedmioty, szkoda, że inaczej je postrzegają właściciele.

"Wspaniały kredens kuchenny - antyk" tu mowa o zwykłym wiejskim kredensie kuchennym z lat 50, odziedziczonym pewnie po cioci Krysi z Bielawy. Oczywiście kompletna dezela - ale przecież antyk - a więc opcja "kup teraz - 500 zł" Ogólnie jak już coś jest z lat 50 albo uh, uh - przedwojenne to wystawca ma w nosie, że mebel sie sypie i rąbie cenę z półki "stary mebel". A więc to chyba tez nie jest nasze hasło...

Krok trzeci: Komis na sąsiedniej ulicy.

Jak się wpisze w googla "tanie meble" to często wyskakują lokalizacje grochowskie. Tam oto lokalni marszandzi sprzedają skupowane po okolicy zgrabne szafy, proste witrynki, babcine stoliki. Hitem są tacy, co nie mają strony www, nie sprzedają na allegro a pani Ci otwiera, jak dojrzy z okna, że błąkasz się pod bramą. W komisach (ale to już tych z top półki) możesz oprócz wspomnianych mebli nabyć też półmetrową figurkę -> Smurfetki i wyjątkowe -> off - fotele

Dopiero w trzecim kroku kierujesz się na Grochów, a przecież wiesz już o potencjale tej dzielnicy... Dzielnicy, gdzie lumpeksy posiadają tak niezwykłe nazwy jak "teatr odzieży"...

P.S. W statystykach wyskoczyły mi odwiedziny z Porto Alegre. Podejrzewam, że to jakiś brazylijski alterglobalista zaplątał się na bloggerze:) Pomyślałam że temat o grochowskich komisach będzie dla niego atrakcyjny...

poniedziałek, 5 listopada 2007

Ks. Sztuka - vol.2

Miniona niedziela przyniosła nowe odkrycia związane z patronem (tak to się mówi?) ulicy. Po Mszy postanowiłam zobaczyć, gdzie istotnie ksiądz prałat jest pochowany (na stronie wyczytałam, że w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej). Kierując się w tamtą stronę stwierdziłam, że to zaskaujące, że w bocznej kaplicy znajduje się wyjście z kościoła, co sugerował podążający obok mnie niezły tłum. W samej kaplicy jeszcze bardziej się zdziwiłam, że tłum wychodzi z kościoła schodami prowadzącymi w dół. I tak oto zeszłam do krypty pochówku księdza prałata, gdzie wierni parafianie tłumnie uderzyli na kolana. Bez żadnej szczególnej okazji - wyglądało to na zwyczajowe działania. Sama krypta nieco w stylu wawelskiej:)

A więc, co? Lokalny kult?:) Liczę na to, że znawcy tematu się wypowiedzą:)

czwartek, 1 listopada 2007

Komentarze

Teraz już naprawdę wszyscy, którzy chcą mogą zostawiać komentarze. Przepraszam, że wmawiałam, iż można to robić bez rejestracji. Zły Zgredek... W ogóle z moją koncentracją jest kiepsko ogólnie i mam w mózgu czarne dziury. Ale o tym może przy innej okazji...

środa, 31 października 2007

Ksiądz Sztuka

Wbrew pozorom nie jest to postać typu ks. Skorupka albo ks. Skarga. Ks. Sztuka był proboszczem parafii na pl. Szembeka od (chyba) 1924 roku do 1970r. Jako, że moja rodzina pochodzi z Grochowa - wszyscy go dobrze znali. Dawał ślub moim rodzicom, wujostwu, chrzcił moją siostrę. Nawet moja szefowa chodziła do niego w dzieciństwie do spowiedzi:)

Cóż, chyba nie był to ksiądz pokroju ks. Twardowskiego... Podobno był gruby, czerwony na twarzy i strasznie wrzeszczał na penitentów. Nikt nie chciał stać do niego w kolejce do spowiedzi, bo potrafił wyskoczyć z konfesjonału i publicznie ochrzanić tego, co właśnie wyznawał grzechy. Ale kościół pobudował i spoczął w bocznej nawie...

A poprzednia nazwa ulicy to "Załęże" (został nawet słabo widoczny numer na budynku). Ładnie, nie?:)

niedziela, 28 października 2007

Pozdrowienia dla Nowego Yorku

Statystyki strony wykazały gościa z Nowego Yorku. Mam swoje podejrzenia:) Ania? No bo chyb nie Woody Allen... (a może?:)

piątek, 26 października 2007

Dyscyplina






































Kurcze, blog jednak wymaga pewnej dyscypliny. Najlepiej to widać w statystykach, które lecą na łeb na szyję:)No więc tak - dzisiaj zdjęcia. Najwcześniejsze odsyłają nas trzy tygodnie wstecz, gdy jeszcze piliśmy na śniadanie kawę z papierowych kubków. Brakuje zdjęć z ostatnich dni, gdy zdecydowaliśmy się na dizajnerskie kolory przedpokoju i gdy w ogóle zaczął z tego wszystkiego wychodzić jakiś ład.

Wieczorami robimy sobie "odprawy" spisując na kartce "rzeczy do zrobienia" - lista minimum znacznie się skróciła! (Choć jednocześnie pojawiają się plany, które znajdą swoją finalizację w okolicach Euro 2012:). Główny problem z tym, że czas taryfy ulgowej w pracy się kończy i mnie i Kubie (czyt: Kuba ma nowe duże zlecenia, a ja już dłużej nie mogę przeciągać rzeczy z którymi zalegam od 2 miesięcy). Tak więc cała akcja wymaga teraz sprężenia.
Jeśli marzymy o słodkich świętach w miłym domu to mamy bardzo niewiele czasu, szczególnie, że Kuba w połowie grudnia leci - uwaga, uwaga - do Tibilisi, robić wystawę dla Instytutu Adama Mickiewicza (musi np. wykonać 30 chochołów - staram się zachować powagę:)
A co u innych członków komuny? Dziewczyny wprowadziły się hucznie, jednocześnie robiąc imprezę. Jesteśmy też dziećmi epoki lenistwa - jak chcemy sobie coś powiedzieć to zamiast lecieć po schodkach, wysyłamy smsy... Ciekawe czy , gdyby "Dzieci z Bullerbyn" były napisane dzisiaj to też zamiast sznurka używałyby smsów..

A Kuby strona też się aktualizuje. Polecam! Link obok - >

poniedziałek, 22 października 2007

00:30

Po apelu Donalda Tuska mąż wziął się od razu do pracy i szlifuje deski na progi (do pokojów, a nie wyborcze:)

A ja ściskam kciuki, żeby się udało - tu nie myślę już tylko o progach:)

piątek, 19 października 2007

Wyborczo

Jeszcze przed ciszą polecam stronę kandydatki z Poznania, która przykuła moją uwagę hasłem "LID jak Lider - E jak Elwira" Strona ma adres www.elwira.org

A i jeszcze ostatnio na ulicy ktoś chciał mi wcisnąć ulotkę Piotra Gadzinowskiego. Zastanawiałam się z jakiej listy on startuje i okazało się że z LIDu. Ale za to do każdej ulotki w razie pozytywnej reakcji biorącego - dorzucana była smyczka z napisem "Czytam "NIE".

A poza tym miałam napisać, że mieszkamy, Kuba pomalował podłogę i rozpoczęliśmy akcję odguzowywania drugiego pokoju. Może wrzucę jakieś zdjęcia - jeśli odkryję, że ktoś w ogóle to ogląda:)

wtorek, 16 października 2007

A jak żeśmy się wyprowadzali....

Ostatniej nocy do naszego budynku/hotelu wprowadzili się rozrywkowi Polacy. Impreza wystartowała i szybko osiągnęła wysoki poziom nasycenia alkoholem. Tempo było naprawdę zawrotne bo nie minął nasz jeden kurs z meblami (kurs zajmował około godziny) a po schodach zaczęły zczołgiwać się pijane watahy. Mniej więcej w tym czasie, pomagający nam w przewózce Bartek rozczulał się nad utratą tak wspaniałej miejscówki:
- I co, nie żal wam?
- No wiesz - zawsze zastanawiam się jak to najlepiej wytłumaczyć - to miejsce ma swoje poważne wady... Hałas, samo centrum, śmieci, imprezy za oknem... - Bartek nie wyglądał na zbyt przekonanego.

I wtem, przed budynkiem jedna z imprezowiczek zaczęła głośno zawodzić i wymiotować. Nie wiedzieć czemu troskliwi koledzy wyprowadzili ją na podwórko bosą.
- Błagam, oddajcie mi moje buty - wyła. A koledzy do niej - cicho, cicho, rzygnij to ci przejdzie.

Bartek popatrzył na mnie z niepewną miną i stwierdził - No może masz rację... może to nie jest najlepsze miejsce. Tam pewnie będzie spokojniej...
- No oczywiście! A wszyscy myślą, że śródmieście to takie świetne miejsce. Jeny, ale ludzie trzymają się stereotypów... - rozkoszowałam się tą chwilą tryumfu.

Pycha szybko została ukarana. Jedna z dziewczyn towarzyszących tej bez butów, zawołała:
- Dzwoń do Grubego! Jedziemy na Grochów!

Mieszkamy

Uwaga, Uwaga! W dniu 7 października oficjalnie opuściliśmy metę na Nowym Świecie wybierając niepewny los na Grochowie przy ulicy Ks. Sztuki (kim był ks. Sztuka - w następnych odcinkach). W lokalu posiadamy - piec żeliwny, dwa pokoje (w tym jeden zagracony), podłogę z desek, sąsiadów znanych i mniej znanych, drzewa za oknem... Odkryciem ostatnich dni jest że po okolicy niesie się szczekanie psów....