wtorek, 16 października 2007

A jak żeśmy się wyprowadzali....

Ostatniej nocy do naszego budynku/hotelu wprowadzili się rozrywkowi Polacy. Impreza wystartowała i szybko osiągnęła wysoki poziom nasycenia alkoholem. Tempo było naprawdę zawrotne bo nie minął nasz jeden kurs z meblami (kurs zajmował około godziny) a po schodach zaczęły zczołgiwać się pijane watahy. Mniej więcej w tym czasie, pomagający nam w przewózce Bartek rozczulał się nad utratą tak wspaniałej miejscówki:
- I co, nie żal wam?
- No wiesz - zawsze zastanawiam się jak to najlepiej wytłumaczyć - to miejsce ma swoje poważne wady... Hałas, samo centrum, śmieci, imprezy za oknem... - Bartek nie wyglądał na zbyt przekonanego.

I wtem, przed budynkiem jedna z imprezowiczek zaczęła głośno zawodzić i wymiotować. Nie wiedzieć czemu troskliwi koledzy wyprowadzili ją na podwórko bosą.
- Błagam, oddajcie mi moje buty - wyła. A koledzy do niej - cicho, cicho, rzygnij to ci przejdzie.

Bartek popatrzył na mnie z niepewną miną i stwierdził - No może masz rację... może to nie jest najlepsze miejsce. Tam pewnie będzie spokojniej...
- No oczywiście! A wszyscy myślą, że śródmieście to takie świetne miejsce. Jeny, ale ludzie trzymają się stereotypów... - rozkoszowałam się tą chwilą tryumfu.

Pycha szybko została ukarana. Jedna z dziewczyn towarzyszących tej bez butów, zawołała:
- Dzwoń do Grubego! Jedziemy na Grochów!

Brak komentarzy: