Słusznie obrywam za milczenie. Inna kwestia, że chyba wciąż nie wiem, do końca do czego blog służy. Dzisiaj widziałam parę blogów dalszych znajomych - dominuje tam publicystyka, czasem jakieś świadectwa (tu w przypadku zaangazowanych katolików). Tymczasem ja na publicystykę jestem zaimpregonowana, do zwierzeń i świadectw nie jestem skora (bo przecież nie mam pojęcia, kto to czyta) - no więc co...
A poza tym to jestem w stanie odmiennym - i to nie chodzi o takie proste definicje jak zmieniający się rozmiar, posapywanie na schodach i kaczy chód. Codziennie mam nowy pomysł na określenie tej sytuacji. Otóż, czuję się jakbym:
1. Leciała w misję na Marsa (tak mnie traktują ludzie, z którymi się widuję "pa,pa - do zobaczenia w nieokreślonej bliżej przyszłości")
2. Oczekiwała wizyty gości z totalnie obcego kulturowo kraju (poradniki savoir vivre polecają wyprasować wszystkie rzeczy dla gości - dotąd prasowałam tylko koszulę, którą mąż wkłada w wigilię).
3. Zdawała maturę - no niby wszyscy zdają, nie można oblać ale słaba ocena to też wstyd
A nad głową wisi wydarzenie o nieznanej dacie - może to stać się dziś w nocy a może za 3 tygodnie, wydarzenie od którego nie ma odwrotu - "nie, dzięki nie mam ochoty" nie wchodzi w grę, które ma opinię nieprzyjemnego i od którego moje życie zmieni się na zawsze...
Ej, na serio - to jest takie zwykłe i zdarza się kobietom od zawsze?

Zdjęcie autorstwa mojego męża - zafascynowanego widokiem naszej guru - połoznej ze szkoły rodzenia na tle wielkich macic... Mężczyźni też bez wątpienia przezywają tę kwestię.

Mąż mówi do mnie Szarik - co znaczy "kuleczka"