Za tydzień idziemy do szkoły rodzenia. Skłoniło mnie to do zastanowienia się, po co właściwie to robimy - no bo to jednak 6x po 3 godziny - kupa czasu i w dodatku w piątki wieczorem... Odpowiedź przyszła nadspodziewanie szybko. Po raz pierwszy od dawna zainteresowałam się tzw. artykułami niemowlęcymi i zgłupiałam kompletnie.
Otóż:
- nie mam pojęcia czym się różni kaftanik od body (to drugie podobno lepsze)
- nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego jeden wózek kosztuje 2000 zł a inny 300 zł i co to znaczy "dla wysportowanych rodziców"
- co to są "śpiochy"????
itd, itp...
Przypomina mi się dzieciństwo jak mama dawała mi listę zakupów a ja wpadałam w panikę, że nie wiem, jak wyglądają te produkty i wolałam oddać kartkę sprzedawczyni. Teraz też bym chętnie tak zrobiła, ale to już inne czasy i jak wiadomo, drapieżny rynek chce mnie naciągnąć na masę niepotrzebnych rzeczy...
A więc idę do szkoły. Po WIEDZĘ!!! (taką mam przynajmniej nadzieję:)
62. Jerzy do składania
1 rok temu
4 komentarze:
Szkoła rodzenia to nie szkoła zakupów i rozpoznawania produktów, obawiam się że się mocno rozczarujesz przyswojoną wiedzą a raczej twoje oczekiwania miną się z rzeczywistością
yyy... co za poważny komentarz... i w dodatku anonimowy:)
To ja! Bronię! Szkoła rodzenia nawet jesli nie da przepisu na obsługe dziecka to może zwrócić uwagę na kwestie które są wazne a o któych normalny, niezaciązony, człowiek nie zdaje sobie sprawy, bo nie musi: np. że Jelp jest lepszy od Loveli bo rzadziej uczula, ile dokładnie może stać mleko z piersi w pojemniczku w temp. pokojowej a ile w lodówce, że po kąpieli trzeba włożyć dziecku czapke i jaka powinna być temp. w pokoju i jakim procentowo roztworem spirytusu przemywać pepek. A reszte wie się i tak z doswiadczenia - bo kąpanie i przebieranie lalki to nie to samo co z dzieckiem. Lalka nie kopie, nie wrzeszczy i nie ma cieniutkich, delikatnych rączek i nóżek. Podsumowujac: do szkoły marsz!
ekhm.. i jak było w tej szkole?
Prześlij komentarz