Ten ogólny nieco tytuł odnosi się po części do atmosfery jaka zapanowała u nas w domu - mróz za oknem, ogień w piecu i zapach drewna - ale i do mnie samej. Z Mamą Muminka łączy mnie coraz bardziej wygląd i nie da się ukryć - charakter:) Zaglądam w kąty, poszukuję sprzętów a wszystko z coraz silniejszym poczuciem, że czasu nie zostało wcale tak dużo. Kiedyś ukułam metaforę, że zwykłe, codzienne życie to jakby tor dla samochodzików. I te samochodziki trzeba popychać do przodu, uważając, żeby żaden nie został w tyle - a więc w miarę równocześnie. Przez ostatnie miesiące samochodzik "dziecko" w ogóle był nie ruszany, co teraz skutkuje gwałtownym zwrotem moich zainteresowań. Najśmieszniejsze, że powoli dociera do mnie - że to jest jednak deadline bardziej "dead" niż wszelkie inne możliwe terminy zawodowe i niezawodowe.
Niewykluczone a nawet mocno prawdopodobne, że wiąże się to z pójściem do szkoły. Nastąpiły tutaj pewne perturbacje - pani właścicielka na tydzień przed rozpoczęciem zajęć poinformowała, że miasto wycofało refundację, wobec czego impreza będzie płatna. Tak więc, ponieważ koniowi, który przestał być darowany ogląda się zęby bardzo dokładnie, postanowiłam sprawdzić, czy warto płacić.
Byliśmy na jednych zajęciach:
- było miło
- przedstawialiśmy się
- pani pytała jak tatusiowie znoszą ciążę
- pani pytała, czego byśmy się chcieli dowiedzieć na szkole rodzenia
- pani powiedziała, że nie będziemy się uczyć oddychania, bo natura nam sama powie
- pani rozdawała kupony zniżkowe na b. drogie wózki
- pani mówiła że jak skończymy tę szkołę to nas przyjmą do św. Zofii
- pani uczyła nas wyczuwać dziecko w brzuchu
- malowaliśmy flamastrami po brzuchach i zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie
No efekt taki, że idziemy do innej szkoły, co mniej za nią zapłacimy i co ją polecają znajomi. Ale serio, nie było źle - tylko dosyć "płynnie", tak bym to ujęła:) I pokornie przyjmujemy, że ta płynność i miękkość jest czymś, czego się nie uniknie...(podobne wrażenia mieliśmy po kursie przedmałżeńskim)
A w pracy zawirowania, co nie widać ich końca. I zaczynam się trochę martwić - jak to całe lądowanie zaaranżować i jak dostatecznie mocno zaakcentować - że moja dyspozycyjność ulegnie zmianie. (rosnący brzuch do tego nie wystarcza - może za mały skurczybyk?:)
Co bym tu nie pisała - i tak Endo już to wymalowała (chałowy rym, ale nie wiem, jak go uniknąć:)

