czwartek, 29 listopada 2007

Co tam Panie w dzielnicy?

Czas na nieco promocji Grochowa:) W Wikipedii pod hasłem Grochów, dowiemy się m.in. że:

Zespół Wilki w utworze "Na zawsze i na wieczność" śpiewa, że w parku na Grochowie spotkał wymarzoną dziewczynę, która była bosa i tańczyła jak natchniona.
Zespół T.Love w swojej piosence o Warszawie śpiewa o Grochowie - 'Wyglądam przez okno, na oczach mam sen, a Grochów się budzi z przepicia'
Na Grochowie powstał polski nurt horrorcore-rap, reprezentowany głównie przez Formację Cmentarz a także przez zespoły jej pokrewne.

Szczególnie zwracam uwagę na informację dotyczącą "Wilków" - jako, że Kuba jest twórcą niektórych elementów scenografii do teledysku tej piosenki. (pudła, w którym gra zespół i pudełka, które bohater wiezie ze sobą do Londynu) W ogóle to ja jestem niepocieszona, że ten przebój nie zrobił chyba wielkiej kariery. Moim zdaniem, tkwi w nim potencjał:)

teledysk do obejrzenia -> tu

A już 6 grudnia - na placu Szembeka pojawi się Jerzy Sosnowski. To taki pisarz - co ja się w nim trochę kocham:) Informacja -> tu

poniedziałek, 26 listopada 2007

okolicznościowo

I znów pogoda nie ta
A w domu nie było tak źle
Wiosnę nam dano by włóczyć się
Zimę by kochać się

W swojej kieszeni znalazł nam Pan
Przytulny dość kąt
Mam nadzieję, że nigdy już
Nie wygoni nas stąd

Bo po to nam Bóg
Zamieć dał
By się teraz grzać mógł
Ciepłem naszych ciał (tekst: WW)






piątek, 23 listopada 2007

A na dokładkę parę zdjęć


To nie Marek Hłasko z petem tylko ja z coca-colowym chupa-chups (moją jedyną ciążową zachcianką - za to nie jednorazową:)



Popołudniowy spacer




To nie szuwary - to nasz papirus!




Za oknem kościół na Szembku - lokalne Sacre Coeur (Woody Allen we "Wszyscy mówią kocham Cię" na coś takiego wyrwał Julię Roberts!:)




W tym kątku póki co - moje ulubione legowisko




Pokój tzw. "dzienny" (choć wciąż jedyny:)




Kuchnia - a brzuch "dopiero co"

czwartek, 22 listopada 2007

Listopad w dolinie Muminków

Ten ogólny nieco tytuł odnosi się po części do atmosfery jaka zapanowała u nas w domu - mróz za oknem, ogień w piecu i zapach drewna - ale i do mnie samej. Z Mamą Muminka łączy mnie coraz bardziej wygląd i nie da się ukryć - charakter:) Zaglądam w kąty, poszukuję sprzętów a wszystko z coraz silniejszym poczuciem, że czasu nie zostało wcale tak dużo. Kiedyś ukułam metaforę, że zwykłe, codzienne życie to jakby tor dla samochodzików. I te samochodziki trzeba popychać do przodu, uważając, żeby żaden nie został w tyle - a więc w miarę równocześnie. Przez ostatnie miesiące samochodzik "dziecko" w ogóle był nie ruszany, co teraz skutkuje gwałtownym zwrotem moich zainteresowań. Najśmieszniejsze, że powoli dociera do mnie - że to jest jednak deadline bardziej "dead" niż wszelkie inne możliwe terminy zawodowe i niezawodowe.

Niewykluczone a nawet mocno prawdopodobne, że wiąże się to z pójściem do szkoły. Nastąpiły tutaj pewne perturbacje - pani właścicielka na tydzień przed rozpoczęciem zajęć poinformowała, że miasto wycofało refundację, wobec czego impreza będzie płatna. Tak więc, ponieważ koniowi, który przestał być darowany ogląda się zęby bardzo dokładnie, postanowiłam sprawdzić, czy warto płacić.

Byliśmy na jednych zajęciach:

- było miło
- przedstawialiśmy się
- pani pytała jak tatusiowie znoszą ciążę
- pani pytała, czego byśmy się chcieli dowiedzieć na szkole rodzenia
- pani powiedziała, że nie będziemy się uczyć oddychania, bo natura nam sama powie
- pani rozdawała kupony zniżkowe na b. drogie wózki
- pani mówiła że jak skończymy tę szkołę to nas przyjmą do św. Zofii
- pani uczyła nas wyczuwać dziecko w brzuchu
- malowaliśmy flamastrami po brzuchach i zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie

No efekt taki, że idziemy do innej szkoły, co mniej za nią zapłacimy i co ją polecają znajomi. Ale serio, nie było źle - tylko dosyć "płynnie", tak bym to ujęła:) I pokornie przyjmujemy, że ta płynność i miękkość jest czymś, czego się nie uniknie...(podobne wrażenia mieliśmy po kursie przedmałżeńskim)

A w pracy zawirowania, co nie widać ich końca. I zaczynam się trochę martwić - jak to całe lądowanie zaaranżować i jak dostatecznie mocno zaakcentować - że moja dyspozycyjność ulegnie zmianie. (rosnący brzuch do tego nie wystarcza - może za mały skurczybyk?:)

Co bym tu nie pisała - i tak Endo już to wymalowała (chałowy rym, ale nie wiem, jak go uniknąć:)




czwartek, 8 listopada 2007

Do szkoły

Za tydzień idziemy do szkoły rodzenia. Skłoniło mnie to do zastanowienia się, po co właściwie to robimy - no bo to jednak 6x po 3 godziny - kupa czasu i w dodatku w piątki wieczorem... Odpowiedź przyszła nadspodziewanie szybko. Po raz pierwszy od dawna zainteresowałam się tzw. artykułami niemowlęcymi i zgłupiałam kompletnie.

Otóż:

- nie mam pojęcia czym się różni kaftanik od body (to drugie podobno lepsze)
- nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego jeden wózek kosztuje 2000 zł a inny 300 zł i co to znaczy "dla wysportowanych rodziców"
- co to są "śpiochy"????
itd, itp...

Przypomina mi się dzieciństwo jak mama dawała mi listę zakupów a ja wpadałam w panikę, że nie wiem, jak wyglądają te produkty i wolałam oddać kartkę sprzedawczyni. Teraz też bym chętnie tak zrobiła, ale to już inne czasy i jak wiadomo, drapieżny rynek chce mnie naciągnąć na masę niepotrzebnych rzeczy...

A więc idę do szkoły. Po WIEDZĘ!!! (taką mam przynajmniej nadzieję:)

środa, 7 listopada 2007

Grochowskie komisy

Do szukania nowych mebli można się zabrać na różne sposoby. A czasem trzeba przerobić je wszystkie, (motyw z Boba Dylana:) aby dopracować się najlepszej strategii.

Krok pierwszy: Żona, co z każdym dniem staje się coraz bardziej mamą muminka wzdycha "ach, jak wspaniale by tutaj pasowały stare meble. Mam już dosyć Ikei - Ikea jest droga i badziewna. Poszukajmy czegoś na targach starych mebli..." W ten oto sposób żona i mąż lądują w takich miejscach jak Koło, gdzie jak już coś się trafi (obok radzieckich medali) to jest to lekko przeszlifowana szafa (to się nazywa "po renowacji")z dosztukowanymi rogami za 700 zeta.

Coż... hasło "stare meble" nadal kusi, więc może poszukamy miejsca, gdzie wybór jest większy. Tak oto lądujemy w Broniszach, gdzie przeżywamy wielką niepewność związaną z parkingiem - "czy zaliczamy się do kierowców kapustnych, czy zwykłych kupujących z ciągnikiem?" Wśród hal - "ziemniaki", "marchewki" odnajdujemy halę - "antyki" i dopiero teraz wiemy, że to nie jest słowo, wg. którego powinniśmy googlować. Wpadamy między Ludwiki, chipendaile o cenach wpadających w grube tysiące. Mąż jest przerażony, że ktoś nas tutaj zobaczy i zawalifikuje do nuworyszów skupujących majatek biedującej inteligencji.

A więc chyba dojrzeliśmy - i zabieramy się do tego inaczej

Krok drugi: allegro

Allegro to jakby się zdawało idealne miejsce, aby znaleźć coś taniego, ładnego i bezpretensjonalnego. I rzeczywiście są tutaj takie przedmioty, szkoda, że inaczej je postrzegają właściciele.

"Wspaniały kredens kuchenny - antyk" tu mowa o zwykłym wiejskim kredensie kuchennym z lat 50, odziedziczonym pewnie po cioci Krysi z Bielawy. Oczywiście kompletna dezela - ale przecież antyk - a więc opcja "kup teraz - 500 zł" Ogólnie jak już coś jest z lat 50 albo uh, uh - przedwojenne to wystawca ma w nosie, że mebel sie sypie i rąbie cenę z półki "stary mebel". A więc to chyba tez nie jest nasze hasło...

Krok trzeci: Komis na sąsiedniej ulicy.

Jak się wpisze w googla "tanie meble" to często wyskakują lokalizacje grochowskie. Tam oto lokalni marszandzi sprzedają skupowane po okolicy zgrabne szafy, proste witrynki, babcine stoliki. Hitem są tacy, co nie mają strony www, nie sprzedają na allegro a pani Ci otwiera, jak dojrzy z okna, że błąkasz się pod bramą. W komisach (ale to już tych z top półki) możesz oprócz wspomnianych mebli nabyć też półmetrową figurkę -> Smurfetki i wyjątkowe -> off - fotele

Dopiero w trzecim kroku kierujesz się na Grochów, a przecież wiesz już o potencjale tej dzielnicy... Dzielnicy, gdzie lumpeksy posiadają tak niezwykłe nazwy jak "teatr odzieży"...

P.S. W statystykach wyskoczyły mi odwiedziny z Porto Alegre. Podejrzewam, że to jakiś brazylijski alterglobalista zaplątał się na bloggerze:) Pomyślałam że temat o grochowskich komisach będzie dla niego atrakcyjny...

poniedziałek, 5 listopada 2007

Ks. Sztuka - vol.2

Miniona niedziela przyniosła nowe odkrycia związane z patronem (tak to się mówi?) ulicy. Po Mszy postanowiłam zobaczyć, gdzie istotnie ksiądz prałat jest pochowany (na stronie wyczytałam, że w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej). Kierując się w tamtą stronę stwierdziłam, że to zaskaujące, że w bocznej kaplicy znajduje się wyjście z kościoła, co sugerował podążający obok mnie niezły tłum. W samej kaplicy jeszcze bardziej się zdziwiłam, że tłum wychodzi z kościoła schodami prowadzącymi w dół. I tak oto zeszłam do krypty pochówku księdza prałata, gdzie wierni parafianie tłumnie uderzyli na kolana. Bez żadnej szczególnej okazji - wyglądało to na zwyczajowe działania. Sama krypta nieco w stylu wawelskiej:)

A więc, co? Lokalny kult?:) Liczę na to, że znawcy tematu się wypowiedzą:)

czwartek, 1 listopada 2007

Komentarze

Teraz już naprawdę wszyscy, którzy chcą mogą zostawiać komentarze. Przepraszam, że wmawiałam, iż można to robić bez rejestracji. Zły Zgredek... W ogóle z moją koncentracją jest kiepsko ogólnie i mam w mózgu czarne dziury. Ale o tym może przy innej okazji...