Jak spojrzałam na daty, to wyszło, że od ostatniego wpisu minęło pół roku. Popatrzyłam sobie przez ten czas na różne blogi pisane z wielkim zaangażowaniem, talentem, humorem - i to osłabiło mój zapał. Ale spróbuję jeszcze raz - po cichutku, małymi krokami.
Pierwsza i najważniejsza wiadomość - już za chwilę nazwa "na sztuki" przestanie mieć rację bytu. Czeka nas kolejna i na pewno nie ostatnia w życiu przeprowadzka. Mieszkanie większe, ciepłe, wygodniejsze, choć... no pewne rzeczy odchodzą bezpowrotnie.
Druga rewolucja, choć rozgrywająca się powoli i podstępnie - Łucja gada. Jej język jest w dużej mierze dialektem stworzonym od podstaw. "Lau" to kotek; "Lu" - zapnij, zamknij; "tyty" - buty i dużo, dużo innych - codziennie nowe.
A materiał zdjęciowy - wspomnienia z Włoch, skąd wróciliśmy dwa tygodni temu a wydaje się, że hu hu..
P.S. "huhu" to sowa rzecz jasna (zwykle Ł. widzi sowę, tam gdzie my byśmy w życiu nie zobaczyli)

